wtorek, 21 czerwca 2016

Rozdział 4 "Część przeszłości"

Rozdział 4




„Jestem za blisko, żeby mu się śnić.
Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu
pod korzeniami drzew. Jestem za blisko.(…)
Już nigdy po raz drugi nie umrę tak lekko,
tak bardzo poza ciałem, tak bezwiednie,
jak niegdyś w jego śnie. Jestem za blisko,
za blisko(…), żeby mu z nieba spaść. Mój krzyk
mógłby go tylko zbudzić. Biedna,
ograniczona do własnej postaci,
a byłam brzozą, a byłam jaszczurką,
a wychodziłam z czasów i atłasów
mieniąc się kolorami skór. A miałam
łaskę znikania sprzed zdumionych oczu,
co jest bogactwem bogactw. Jestem blisko,
za blisko, żeby mu się śnić.”


-WISŁAWA SZYMBORSKA,
 „JESTEM ZA BLISKO…” (FRAGMENT)






Czuła uścisk chłodnej dłoni na swojej. Pomimo ostatnich zdarzeń pozwoliła sobie na odrobinę zaufania. Po raz pierwszy od dłuższego czasu przestała z niepokojem spoglądać za siebie. Tego dnia patrzyła wyłącznie na to co przed nią. Dała się poprowadzić w głąb lasu, w nieznanym jej kierunku.
Mijali drzewa i przeskakiwali kępy traw. Byli niczym wiatr szumiący, a ich szaty oddawały jego dźwięk. Nieopodal usłyszeli szum strumyka. Z biegu przeszli w chód. Przykucnęli przy pniu nad brzegiem wpatrzeni w pojawiające się gwiazdy. Te na niebie i te w wodzie.
Laumen w końcu odetchnęła z ulgą. Czerpała ukojenie ze spokoju nocy. Z ciepła dłoni Legolasa, który niemal nieświadomie wciąż ją ujmował. Z szorstkiej kory za swymi plecami i zielonej trawy pod sobą.
- Pięknie tu. – Powiedziała szeptem nie chcąc zakłócić spokoju nocy.
- Zgadzam się. Tutaj przychodzę, kiedy chcę uciec przed wszystkim. Przed władzą, bitwą, smutkiem, obowiązkami. Słyszałem, iż ojciec zabrał cię do Gwiezdnego Wodospadu…- Laumen musiała się skupić by wychwycić jego słowa z powiewu wiatru. - Jak tam jest? – Spytał, a ona uświadomiła sobie, że nigdy tam nie był nikt oprócz króla i jej. Policzki pokrył jej delikatny rumieniec.
- Jest tam wodospad i jeziorko. Ogromne drzewo. Rzeźbione w kamieniu filary. Widać dokładnie niebo, tak jakby można było objąć je całe wzrokiem. Sama obecność tam zdaje się leczyć i daje wytchnienie. Jest to niezwykłe miejsce. – Jej myśli wędrowały ku tamtej nocy. – Jednak to nie miejsce dla mnie. Wydaje się mi senną mrzonką, czymś tak pięknym, że wręcz urojonym. W przeciwieństwie do tego. – Wskazała dłonią na strumyk i trawę, drzewa ich otaczające. – To jest prawdziwe i równie doskonałe. Las jest doskonały. Woda jest doskonała. Niebo jest doskonałe. Nie potrzeba niczego więcej. Tylko to wystarczy, by zostać tu na całą wieczność.
Legolas przyglądał jej się dokładnie, w oczach błyszczały mu księżyc i zdumienie.
-Dziękuję ci. – Powiedział po czym zamilkł.
Laumen ścisła lekko jego dłoń. Po chwili elf otrząsnął się ze swoich myśli i puścił ją. Niemal z żalem otoczyła się ramionami, jakby chroniąc przed chłodem. Kontem oka dostrzegła złotą plamkę. Pierw wzięła ją za odległy blask płomienia, po chwili zdała sobie jednak sprawę ze swojego błędu. W powietrzu unosił się pojedynczy kwiat, wyglądał jak gwiazda.
-Mallorn*... Jakim cudem? – Jak we śnie wstała i chwyciła go w dłonie. Wiatr targał jej włosami. Po chwili dostrzegła kolejny i jeszcze jeden. Kwiaty prowadziły ją w las. Nie mogła za nimi nie podążyć.
-Poczekaj.- Powiedział Legolas kładąc jej dłoń na ramieniu. – To może być pułapka.
-Muszę tam iść. – Głos miała stanowczy. Brzmiała w nim tęsknota. – Te kwiaty, to drzewo. Nie Powinno ich tu być. Nie tutaj, nie o tej porze. Muszę to sprawdzić.
Legolas pokręcił głową i zabrał dłoń z ramienia. Pozwolił jej iść. Więc to zrobiła.
Szła coraz dalej i zagłębiała się coraz bardziej. Nie słyszała już ani rzeki, ani odgłosów uczty. Czuła jak coś bezgłośnie ją wzywa. W końcu gdy dłonie miała pełne kwiatów spomiędzy gałęzi wyłonił się srebrny pień. Srebrno-zielone liście gdzieniegdzie zdobiły złote kwiaty. Było to Złote Drzewo, najprawdziwsze i równie piękne co każde.
-Czemu tu jesteś? – Spytała cicho podchodząc. – Legolasie czemu ono tu rośnie? Mallorny nie powinny tu być, nie są wstanie urosnąć na tych ziemiach.
Nie odpowiedział. Urzekło go jego piękno. Nigdy dotychczas nie widział nic równie nieziemskiego.
Laumen podeszła bliżej i pogładziła korę. Zbliżyła do niej ucho. Niemal słyszała jak Mallorn ją wita. Ostatnie kwiaty opadły wokół nich na ziemię, jakby czekały na ich przybycie.
-Również cieszę się z twojego widoku. – Szepnęła muskając ustami korę.
-Legolasie. Podejdź tu, proszę. – Zrobił to niepewnie, wciąż omamiony srebrnym blaskiem. Gdy się zbliży chwyciła go za dłonie i przyłożyła do kory. – Teraz nasłuchuj. – Poleciła mu. Z wnętrza drzewa dało się usłyszeć szelest każdego liścia, skrzypienie nawet najmniejszej gałązki, płynącą w ich wnętrzu wodę. Drzewo żyło i podzieliło się tym z nimi.
-Niesamowite. Jak? – Oczy wypełniał mu zachwyt.
Wzruszyła jedynie ramionami i przysiadła na trawie. Z kwiatów zaczęła pleść wianek.
-Każdego roku oglądam dzień kiedy Mallorny gubią kwiaty. Tej wiosny również widziałam. Nagle wszystkie opadają. Tworzą dywan przykrywając dosłownie wszystko wokół. Wtedy świat zdaje się być zrobiony ze złota. – Przymknęła oczy zatapiając się we wspomnieniach. – Gdy była mała, Galadriela opowiadała mi, iż narodziłam się dzięki temu drzewu, stąd kolor moich oczu. Nie wiem ile w tym prawdy. Nigdy nie miałam rodziców. Zmarli dawno temu. Kiedyś rozmawiałam z drzewami wierząc, że rodzice gdzieś tam są, a Mallorny przekazują im moje słowa. Teraz zdaję sobie sprawę z mojej głupoty. Dowiedziałam się, że mój ojciec nigdy nie zginął. On wciąż żyje. Gdy spytałam o to Galadrielę nie odpowiedziała. Milczała. W końcu powiedziała bym nie pytała o to, stwierdziła, że mama by tego chciała. Nie rozumiem czemu...- Zabrakło jej kwiatów wiec rozejrzała się za nimi. Nie dostrzegła jednak ani jednego. Po chwili usiadł przed nią Legolas. Miał naręcze pełne kwiatów. Uśmiechnęła się do niego smutno i kontynuowała. – Niedawno spotkałam dziwnego człowieka. Ubrany był w podarty płaszcz i jakiś sterczący kapelusz. Mówił od rzeczy. Jednak dał mi adres. Miasto na Jeziorze. Tam spotkam kogoś, kto znalazł coś, co należało do Niego. Mam szansę, by odnaleźć ojca. I ją wykorzystam. Chcę w końcu poznać prawdę, bez tajemnic i niedomówień. Czy wiesz jak to jest żyć w tajemnicy? Kiedy ludzie milkną kiedy cię widzą? – Legolas zastanowił się. Po chwili jednak pokręcił głową i spojrzał na swoje dłonie, zaciśnięte w pięści. – Nie znam cię, Legolasie. - Stwierdziła nagle jakby była to najoczywistsza myśl na tym świecie. -  Jednak czuję coś co sprawia, że ci ufam. To takie uczucie, jakby ktoś celował do ciebie z łuku, on tego nie wie, ale ty wiesz, że chroni cie niewidzialna tarcza, szklana płyta. Chociażby strzelał nic ci nie zrobi. Więc powiem ci jedno – dodała po chwili namysłu. – Lecz nie mów tego nikomu. Jutro, nim jeszcze wszyscy się zbudzą, wypłynę do Miasta na Jeziorze. Zrobię to sama i zniknę równie nagle, jak się pojawiłam. Zapomnicie o mnie z czasem i będzie tak jakbyście mnie nie spotkali. Zawsze tak jest.
-Więc czemu mi to wszystko mówisz? – Spytał głosem pełnym obawy, niepokoju i niemal żalu.
-Ponieważ to jedyny sposób byś ty nie zapomniał. Jeśli będziesz o mnie myślał nie zniknę z twojej pamięci. Pamiętaj o tym. Niedługo będę potrzebować twej pomocy i będziesz musiał odpowiedzieć na me wezwanie. Myśl o mnie a wszystko potoczy się tak jak powinno.
Ton Laumen sprawiał, że po plecach przechodziły dreszcze, jakby ukryte w jej słowach było zaklęcie. Pochyliła się do przodu i złożyła wianek na głowie Legolasa. Złoto wydobywało ciepłe refleksy z jego platynowych włosów.
-Musisz o mnie pamiętać. – Po tych słowach ucałowała jego czoło i wstała po chwili znikając wśród drzew.
Legolas siedział oniemiały. Serce biło mu mocno, bał się niemal drgnąć. Tak jakby to wszystko miało się okazać snem. Podniósł drżącą dłoń i gdy wyczuł wianek na głowie odetchnął cicho. Pozwolił sobie jeszcze na chwilę zadumy po czym spokojnym krokiem wrócił do świętujących.
Gdy tylko się zjawił Thranduil wezwał go do siebie. Jednak nic nie mówił. Zdawało się, że on tez pogrążony jest w swoich myślach. Podał mu tylko kieliszek i nalał do niego wina.
-Spróbuj. To mój ulubiony rocznik. Pomaga na smutki.
Nie wierzył w to, jednak postanowił spróbować. Lekka gorycz wysączała tę z jego serca.


*    *    *

Tuż przed brzaskiem w pałacu zjawił się król. Opuścił on przyjęcie po najmłodszych  i zanim dorośli opróżnili zapasy wina. Uczta potrwa jeszcze trochę, dopiero słońce będzie wstanie ją przerwać i zwabić świętujących na spoczynek.
Thranduil skierował się prosto ku swym pokojom z zamiarem wzięcia długiej kąpieli. Te plany szybko zostały zniweczone. Tuż po otwarciu drzwi zauważył list. Niemal rzucał się na niego. Przyczepiony szpilką do baldachimu. Czerń papieru odcinała się na srebrnej tkaninie.
Z irytacją pochwycił kartkę. List był krótki.

„Thranduilu, królu Leśnego Królestwa,
Pragnę podziękować, za gościnę, niestety muszę już odejść. Niezmiernie się cieszę, iż mogłam Króla poznać i być chociażby przez chwilę częścią tego Królestwa.
Wypłynę z przystani o świcie, lecz nie spodziewam się pożegnania. Jeszcze raz dziękuję za całą dobroć i piękno, na pewno ofiaruje mi to siły w mojej wędrówce…”

-…Podpisane Laumen.- Przeczytał list na głos po czym zerknął czy nie ma nic na odwrocie. - Złotym tuszem. – Stwierdził i o dziwo wspomnienie jej oczu wywołało uśmiech. Wyjrzał przez okno odkładając list na stół. Niebo budziło się z czerni przybierając granatową barwę. -…wypłynę z przystani o świcie. – Przypomniał sobie część listu. – Świt. – Stwierdził zdumiony. – Zbyt mało czasu… A może jednak? – Spytał sam siebie po chwili.
Postanowił. Chwycił pelerynę w odcieniu ciemnej szarości i zarzucił na ramiona. Ukrył w cieniu kaptura twarz i opuścił pałac. Nikt go nie ujrzał i tym również nie spostrzegł małej szkatułki przyciskanej do piersi.
Wraz z nastaniem świtu przybył na miejsce. Mała, niepozorna łudź, bez żadnych zdobień, kołysała się na wodzie. Czerwone promienie barwiły żagle nadając jej zarazem piękny jak i upiorny wygląd. Kika postaci pakowało skrzynię na pokład. Zapewne transport dla Miasta. Jedna z nich jednak stała nieruchomo. Oddalona kilka metrów, zwrócona ku drzewom, ku pałacowi. Zapewne była to Laumen. Król podszedł niepostrzeżenie do niej.
-Ładnie to tak odchodzić bez pożegnania?- Drgnęła.
-Nie znikam bez słowa. Zostawiłam list. – Tłumaczyła się falom. – Nie spodziewałam się Króla tutaj.
-Zapewne. Normalnie bym, też nie odprawiał nikogo w podróż, jednak tobie nie pozwolę odpłynąć bez słowa. Bo widzisz, przypominasz mi kogoś kogo znałem wiele lat temu. Ten ktoś odszedł bez słowa i nie wrócił. Tobie na to nie pozwolę. Więc mam coś dla ciebie. Nie pomogę ci podczas twojej przygody, jednak dam ci coś co może da radę.
Spod peleryny wyciągnął szkatułkę. Wręczy ją Laumen. Z zawahaniem ją otworzyła. Na aksamitnej poduszeczce spoczywał sztylet. Diamentowa rękojeść, ostrze z mithrilu wysadzane szmaragdami. Piękny i niezwykły. Wywołał większy szok u elfki niż król mógł się spodziewać.
-Ten sztylet… skąd król go ma?- Spytała a ręce zaczęły jej się trząść.
-Jest to pamiątka. Dostałem go wieki temu od ojca. Zawsze był przy mnie i mnie strzegł. Mam nadzieje, że teraz będzie strzegł ciebie.
-Zapewne królu, jednak jest coś co musisz zobaczyć.
Laumen drżącymi dłonią odczepiła miecz od pasa. Podała go królowi, a on wysunął go z pochwy. Przez twarz przeszła mu mieszanka emocji. Od zdziwienia, przez szok, strach, niedowierzanie i gniew na niepewności kończąc. Miecz który miał teraz w rękach był większą wersją sztyletu. Był jego kompletem, parą.
-Nie powinnaś go mieć. Więc czemu go dzierżysz? Kto ci go dał?- Głos mu łamał się od emocji.
-Przekazał mi go Celeborn, bym strzegła grobu matki.- Powiedziała dumnie. Była to jedna z rzeczy z których była dumna. Celeborn powierzył jej opiekę, więc znaczy to, iż była jej godna.
-…Two-ja mat-ka?- Zacinał się wraz z sylabami. W głowie mu huczało od myśli.- Jej imię…
Laumen nic z tego nie rozumiała, nie wiedziała co dzieje się z królem ani o co chodziło z mieczem. Niebyła pewna czy powinna odpowiadać, jednak nie mogła postąpić inaczej. Widziała w oczach króla niemą prośbę.
-Gillith…
-…Gwiazda Popiołu.- Dokończył za nią Thranduil po czym wypuścił miecz z ręki i upadł na kolana. Laumen uklękła przy nim.
-Królu?- Zawołała go niepewnie, tak, iż zabrzmiało to jak pytanie. 
Nie odpowiedział, nie spojrzał nawet na nią. Król zamknął oczy, jakby chciał odgrodzić się od świata. Nie dowierzał, nie mógł. Wspomnienia odrodziły się w nim gwałtownie. Zalały jego umysł i wsączały ból do jego serca. Czuł niemal jak rozrywa się ono na pół. Jego ramiona drżały. 
– Królu. – Powtórzyła i gdy nie reagował postanowiła działać. Zdjęła kaptur z jego głowy i delikatnie ujęła jego policzki. Uniosła ją tak, by móc się mu przyjrzeć... Po twarzy Thranduila spływały łzy. - Kim ona była?
Pokręcił głową. Niepewnie na nią spojrzał. Oczy mu pociemniały.
-Gillith była moją narzeczoną…




------------------------------------------------------------------------------
Dzisiaj kończymy dość dramatycznie. Wiem, ale robię to specjalnie. 
Są już niemal wakacje więc na następny rozdział nie będzie już trzeba tyle czekać.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich i dziękuję, że tu jesteście. 
Miłego Dnia Najkrótszej Nocy!

_________________
*Mallorn (sin. Złote Drzewo) - gatunek drzew występujący w Numenorze i na Tol Eressei. Tar-Aldarion podarował kilka nasion Gil-Galadowi a on przekazał je Galadrieli, która zasadziła je w Lóthlorien.