poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 7 "Między wzgórzami"

Rozdział 7

„Szeroki świat jest pełen wielkich cierpień, i wielkich radości, mój przyjacielu. To pierwsze utrzyma Cię na właściwej drodze, a drugie sprawi ze podróż będzie znośna.”

- Robert Anthony Salvatore


Wiatr nasilił się. Ostre podmuchy mroźnego powietrza nie zwiastowały niczego dobrego. Łudź kołysała się gwałtownie na boki a maszty trzeszczały pod naporem huraganu. Dookoła unosiły się liście porwane z drzew i pył szczypiący w oczy. Kazano im schować się pod pokładem. Pomimo sprzeciwów Ludzie z Miasta pozostali przy swoim. Doskonale wiedzieli jak niebezpieczne były Te fronty na Tych rzekach.
Siedzieli więc w małej kajucie. Już od kilkunastu godzin nie widzieli nieba. Mrok powoli ogarniał pomieszczenie. Mała świeca wypalała się nieubłaganie a burza nie ustępowała. Deszcz uderzył w pokład całą swoją mocą. Obydwoje rozmyślali jak udało im się w to wplątać.

Nim dobili do brzegów Esgarot zaatakowała ich banda orków. Nie pozwalali na zacumowanie. Pozostając na prądach Jeziora Długiego poniosło ich ku Bystrej Rzece. Od trzech dni błądzili wśród niezamieszkałych pustkowi stale zbliżając się ku niebezpiecznych Wschodnich Krańców. Ich ostatnią nadzieją pozostała Calrnen, Czerwona Woda wypływająca z Żelaznych Wzgórz. Jedynie jej brzegi pozwalały na zejście na ląd.
Płomień zgasł cicho pogrążając kajutę w ciemności. Przez deski przedzierał się świszczący wiatr.
- Zapewne nie tego oczekiwałeś po swej przygodzie, Legolasie – westchnęła cicho elfka przeszukując ciasne pomieszczenie w poszukiwaniu nowej świecy.
- Muszę przyznać, że nie – stwierdził po chwili. - Spodziewałem się przyjemnej pogody i luźnych spacerów wśród ludzi z Miasta. Myślałem, że strażnicy z Królestwa będą mnie śledzić i pilnować. A tu taka miła niespodzianka. Wymykamy się wszystkim narażając życie w opustoszałych terenach. – Podniósł się spod ściany by uchylić klapę na pokład. Podmuch rozwiał jego jasne włosy.
Wśród tej chwili gdy promienie pochmurnego dnia wdarły się w ciemność odnalazła się świeca a ogień na knocie ponownie zapłonął.
- Marzyłem o przygodzie, która wleje trwogę w serce i wypełni umysł strachem i zachwytem. Czuję, że powoli zmierzamy do tego. Staniemy przed czymś co zmieni nasz cały pogląd na świat. Odkryjemy nieodkryte i podążymy w nieznane.
Jego słowa były szczere chociaż w głębi duszy czół tęsknotę za domem. Jakby nieświadomie chwycił w dłoń naszyjnik. Nie unikło to uwadze Laumen.
- Tobie bardziej on pasuje, Legolasie. – Gdy tylko to powiedziała szybko go puścił zmieszany.
- Dziękuję. Ten naszyjnik... – zastanawiał się nad czymś próbując dobrać odpowiednie słowa. – Zresztą nieważne – mruknął w końcu. – Chyba burza ustała. – Zmienił szybko temat.
Miał rację. Fale osłabły i teraz spokojnie unosili się na rzece. Wyjrzał powoli na pokład i upewniając się co do swojego.
Na statku panowała cisza. Niebo było ciemne a wzdłuż brzegów unosiły się szpiczaste klify najeżone kamiennymi kolcami. Załogi nigdzie nie było. A najgorsze było to, że pokład wyglądał jakby stoczono na nim bitwę. Gdzieniegdzie wciąż widniały plamy krwi rozmyte przez deszcz.
Ledwie zdążyli się rozejrzeć po pokładzie a w ich kierunku pomknęły strzały.
Nadleciały niewiadome skąd i wcale nie przestawały. Starali się ich unikać lecz tylko się bronili, brak wroga nie pozwalał na atak. Dobrze wiedzieli, że długo tak nie wytrzymają. Częstotliwość ataku jedynie się nasilała. Prąd poniósł statek i uderzył nim o skały. Zaklinowali się w ostrym skręcie rzeki. Z każdym podmuchem drewno pękało a łudź tonęła. Niebo rozbłysło błyskawicami i w blasku jednej z nich dostrzegli wroga.
Kilku elfów skryło się wśród kotlin klifów. Grafitowe peleryny skryły ich wśród skał. Laumen która uniosła łuk by strzelić została powstrzymana. Legolas wystąpił na odsłoniętą część pokładu i uniósł wysoko swój miecz. Rękojeścią ku górze. Oznajmił kapitulację, jednocześnie ukazując znak swego królestwa. Już więcej ani jedna strzała nie przecięła powietrza.
- ’eszne Qestwo. – Jeden z nich wystąpił z groty. Był wysoki. O włosach czarniejszych niż noc. – ’ego chą? Narze teeny! – Z trudem rozumieli łamany dialekt pomimo tego Legolas zabrał głos.
- Proszę wybaczyć nam najście. Jesteśmy podróżnikami z Mrocznej Puszczy. Potrzebujemy schronienia i transportu. Zaprowadźcie nas do swojego wodza.
- Nie jestem pewna czy to dobry pomysł – szepnęła cicho.
- Zaufaj mi. Kimkolwiek jest wciąż jest elfem. Prawdopodobnie.

Zabrano ich oraz wszystkie ocalone bagaże na brzeg. Jak się potem okazało kilku elfów z pustkowi zmieniło się w grupę kilkunastu a przez czas ich podróży dochodzili kolejni. Każdy im się przypatrywał z podejrzliwością i zaciekawieniem. Widocznie nie często byli odwiedzani. Musieli uważać. Każdy niepotrzebny i szybki ruch skutkował mieczem przyłożonym do ich krtani. Drogę pokonali więc w milczeniu. Kiedy dotarli wreszcie na miejsce słonce zdążyło wzejść i zajść a na niebie świecił wysoko księżyc.
Były to wzgórza. Skały wyższe i mniejsze otaczały kotlinę pełną ogromnych drzew. Wśród jaskiń kryli się elfowie wpatrując się w gwiazdy. Była tam też zatoka. Jej wody zdawały się niemal lśnić. To właśnie przy jej brzegu znajdowała się siedziba wodza. To plemię należało do dawnych, tych którzy nie opuszczali swego rejonu i tylko nieliczni zwiedzali świat. Szczep starożytny wręcz, prastary. Należeli oni do Avari, tych którzy nie wyruszyli na Zachód.
Nim stanęli przed wodzem zabrano im całą broń i przyodziano w grafitowe płaszcze.
Przywódca był dostojnym i zarazem dzikim elfem. Oblicze miał surowe i groźne. Kruczoczarne włosy ścięte na wysokości ramion i splecione w drobne warkocze. U jego boku siedział Drugi wódź. Twarz jakby zastygłą w podejrzliwości okalały włosy barwy stalowoszarej. Również zaplecione na tą samą modłę.
To właśnie Drugi przemówił do nich.
- Kim jesteście, naruszając granice? – spytał powtarzając słowa swych strażników lecz jego głos był niezwykle miękki.
- Wodzu szczepu Avari – skłonili się lekko po czym Legolas ukazał swój naszyjnik. Obydwoje przyjrzeli się mu uważnie następnie zlustrowali wzrokiem owego elfa. – Nazywam się Legolas z Sindarów a to jest Laumen od Noldorów. Nasz statek został zniszczony...
Opowiedział ich historię i to co ich spotkało. Stalowo-włosy dopytywał się o to co go zainteresowano a maska podejrzliwości znikła z jego twarzy. Pierwszy natomiast przysłuchiwał się jakby od niechcenia. Nie miał jednak zastrzeżeń by zostali na jakiś czas.
Mieszkańcy wzgórz traktowali dwójkę nowych elfów jak powietrze. Nie zbliżali się zbyt bardzo i to była jedyna ich reakcja. W przeciwieństwie do wodza pałali nieufnością.
Następnego dnia zrozumieli dlaczego.

Wraz ze zmierzchem wśród krzyków i lamentów sprowadzono młodzieńca wraz z matką. Ona płakała nad nim a on szamotał się w linach związany przez strażników. Oczy pałały mu purpura.
- Kolejny opętany – szepnęła cicho do Legolasa Laumen. – Nawet tutaj, co to znaczy?
Legolas jedynie pokręcił głową. Stalowo-włosy wódz pod słyszał jednak jej słowa. Kazał zabrać młodego a wśród jego słów wychwycili imię które poruszyło ich umysły.
”Morwë”
- Czy to jest Cuivienen? – spytała. – Czyż nie jesteś Nurwë? – słowa jej pełne były zachwytu i trwogi. Coś co stało sie legendą było na wyciągnięcie jej ręki.
- Zgadza się, Mirmoth[1]. Jednak nie o tym dzisiaj chciałem z wami mówić. Powiedziałaś ”opętany”. Więc nie tylko tutaj to się dzieje?
- Nie, wodzu. W moim królestwie miały miejsce trzy takie przypadki. – powiedział Legolas.
- Rozumiem. Czarnoksiężnik więc nie próżnuje.
- Więc to jego sprawa?
- Czarna magia która opętuje jedynie elfów i zmusza do tego czego tylko zapragnie. Tak, to on rzuca czar. Nie wiemy jeszcze w jaki sposób ani jaki jest jego cel. Nikt nie odważył się zbliżyć ku twierdzy Dol Guldur. Cóż przynajmniej nikt żywy. Wierzę że to nie przypadek was nam tu zesłał. Jeśli chcecie podążcie za Morwë zobaczyć chłopca.
- Dziękujemy Ci wodzu.

Jednak gdy zeszli do podziemi i zagłębili się w labiryncie lochów to co ujrzeli przeraziło ich do głębi. W setkach cel połowę zajmowali opętani. Jedni krzyczeli, inni milczeli. Jednak każdy śledził ich z nienawiścią spojrzeniem Czarnoksiężnika.



-----------------------------------------------------------------------------------------

 No więc jak widać. Nie mogłam wam tego zrobić i jednak musiałam dzisiaj wstawić. Co prawda wyszło krócej i inaczej niż miało być ale najwyżej jeśli będzie tego wymagać to wstawię lekkie poprawki. Oczywiście poinformuje o nich.
Więc jeszcze raz przepraszam za nieobecność i wprawianie was w błąd.

Zaktualizowałam rozdział Słowami Wstępu o mapkę Śródziemia, która zapewne będzie pomocna.
Dodam jeszcze, że wspomniane przeze mnie:
 - Cuivienen to zatoka gdzie przebudzili się pierwsi elfowie w Czasach Drzew;
 - Avari to nazwa szczepu który dzieli na kilka innych pomniejszych;
 - Morze Rhun to przypuszczalne miejsce gdzie mogła znajdować się Cuivienen;
 - Morze zmieniło swójj kształt po bitwach i upływie czasu;
oraz, że wszystkie te informacje nie są potwierdzone a jedynie są domysłami.




[1] Mirmoth – „klejnot zmierzchu” imię Laumen nadane przez Nurwë.

Rozdział 6 "Początek przyszłości"

Rozdział 6

"Przeszłość nie wraca, jak żywe zjawisko,
W dawnej postaci, jednak nie umiera;
Odmienia tylko miejsce, czas, nazwisko
I świeże kształty dla siebie przybiera.

Zmarłych pokoleń idealna sfera
W żywej ludzkości wieczne ma siedlisko,
A grób proroka, mędrca, bohatera
Jasnych żywotów staje się kołyską.

Zawsze z tej samej życiodajnej strugi
Czerpiemy napój, co pragnienie gasi;
Żywi nas zasób pracy plemion długiej,

Ich miłość, sława, istnienie nam krasi;
A z naszych czynów i z naszej zasługi
Korzystać będą znów następcy nasi."
- Adam Asnyk, "Sonet XIII"



Był to rok 3129 Drugiej Ery.

Chodne powietrze nadciągało z północy niosąc ze sobą rzęsiste opady. Wielki Zielony Las zdawał unosić się na wodzie. Zalane pola zmusiły nas do schronienia się wewnątrz Królestwa. Nie jestem pewien czy to przypadek czy też siła wyższa ale jednej takiej nocy ówczesnej jesieni zawitało do nas dwoje, jak później się okazało, szczególnych elfów. Był to sam król Lothlórien Celeborn wraz z młodą księżniczką. Wokół siebie roztaczała niezwykła jednak aurę. Zdawała się być silną wojowniczką o kamiennym sercu. Nikt nie mógł jej wtedy złamać.
Zatrzymali się w Królestwie do czasu, aż rzeki odsłonią ląd. Król Celeborn spędzał długie dnie na rozmowach z Królem Oropher’em. Niejednej towarzyszyła butelka wina. Jako książę poświęcałem ówcześnie czas na treningi i naukę. Nie było to jednak proste, gdy na każdym kroku śledziła mnie para czarnych oczu. Jak cień podążały za mną. Udawałem, że nie dostrzegam, nie zauważam tych podchodów. Aż w końcu którejś nocy zaczepiła mnie na schodach, gdy przechodziłem zbyt zajęty myślami by ją zauważyć.
”Jesteś Thranduil, prawda?” Zapytała cichutko ściskając moje ramie. Cały czar siły opadł odsłaniając jej prawdziwe oblicze. Była ona niezwykle nieśmiała i delikatna. Włosy opadały niesfornie na jej twarz ukrywając zarumienione policzki.
”Zdaje się, że tak...” Zupełnie mnie omamiła. Nie byłem wstanie myśleć. ”Może przejdziemy się?” Spytałem jedynie i starając się nie uciec skłoniłem się jej lekko.
Tak właśnie ją poznałem. Dzieliłem z nią każdą wolną sekundę i tęskniłem gdy tylko znikała z moich oczu. Czułem jakby stała się częścią mojej duszy. Pokochałem ją. Nie minęło wiele czasu do rozmowy z ojcem.
Były to jednak burzliwe czasy. Sauron rządził na wschodzie, Upiory Pierścienia krążyły wśród cieni. Wszyscy czuliśmy nadchodzący mrok. Wojna mogła wybuchnąć każdego następnego lata, a wtedy bym stanął do walki. Musiałbym ją opuścić. Gdybym ją poślubił nie zdołałbym tego zrobić.. W końcu zgodzono się bym ofiarował jej moją miłość. Mieliśmy czas dla siebie i chociaż nieoficjalnie to każdy wiedział, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
Nie minęła wiosna, gdy wody ustąpiły. Znów bezpiecznie można było przejść po Śródziemiu. Wiedzieliśmy, że rozstaniemy się. Dlatego nie mogłem na to pozwolić. Celeborn się zgodził i ona została. Zamieszkała w moim Królestwie, jeszcze bliżej.
rozpętało się piekło. Sauron powrócił w swej całej potędze. Utworzono Ostatni Sojusz Elfów i Ludzi by po raz ostatni zgładzić jego plagę. Wojny toczyły się jedna z drugą. Ten ciężki czas niósł za sobą jedynie tragedię i cierpienia. Jednak myślę, że chronię swej ukochanej dodawała mi sił. Mój ojciec poległ w walce. Utrata go wyryła się w mojej psychice. Już nigdy nie byłem taki jak kiedyś.
Jednak była przy mnie. Kochała mnie ponad wszystko. Pomagała otrząsnąć się z bólu. Więc gdy tylko uspokoiła się moja żałoba poprosiłem ja o rękę, już jako król.
Gdy ogłosiliśmy zaręczyny czułem jakbym stąpał po niebie. Był to błogi stan gdy dawałem z siebie wszystko i wszystko się spełniało. Ona też emanowała zachwytem. Narzeczeństwo jej służyło. Była jak gwiazda, gdziekolwiek nie poszła jej piękno przyciągało spojrzenia.
Ślub był niemal gotowy. Suknia i szaty czekały, z najlepszych tkanin. Dekoracje z kwiatów Lothórien i najpiękniejsze pąki Gondoru.
Na tydzień przed ceremonią miała odwiedzić swoja rodzinę. Pożegnać się i na zawsze zostać ze mną. Opuszczała mnie wtedy po raz pierwszy od czasów wojen. Przyszykowałem wszystko na jej powrót i wyczekiwałem tego momentu. Nigdy jednak nie nastał.
Po dwóch dniach ogłoszono, że nie dotarła do Lórien. Nikt jej nie widział, jakby rozmyła się w powietrzu. Szukałem jej przez wiele lat nie tracąc nadziei. Nie mogłem się poddać. Przeczesałem Śródziemie wzdłuż i wszerz, aż poznałem każdy jego zakamarek. Ponad dwieście lat poszukiwań przerodziło się w obsesję. Powróciłem do Królestwa pokonany. Już nie byłem nawet cieniem, byłem wrakiem mojej osoby. Mą ukochaną uznano za zmarłą. Postawiono jej grób a jej każde wspomnienie było jak cios. W końcu poznałem Calenmir. Wiele lat minęło nim się pozbierałem ona mi w tym pomogła. Postanowiłem po raz drugi pozwolić sobie na uczucie i dać jej to czego pragnie. Po jej stracie prawdopodobnie bym nie był już wstanie funkcjonować. Znikła tak samo jak ona. Jakby świat mi je zabierał. Wtedy jednak miałem ciebie, Legolasie. Byłeś bardzo mały. Dałeś mi coś, co sprawiło, że jestem tu. Nadal cały i o zdrowych zmysłach. Dałeś mi wiarę, że będzie lepiej.

Thranduil urwał swą opowieść. Łzy zasłaniały mu świat. Upił łyk z kieliszka pozwalając ukoić kłębiące się w nim emocje.
- Pomimo, ze minęły tysiące lat nadal czuję jakby to było zaledwie wczoraj – powiedział w niebo zasłuchany w ciszę.
Siedzieli nad jeziorkiem we trójkę. Mieli odpocząć, odzyskać siły i cieszyć się odrobina wytchnienia. Jednak z każdą kolejną butelką odradzały się wspomnienia i każdy z nich wolał mieć to już z głowy.
Thranduil opowiadał a oni słuchali zapatrzeni. Zaczarował ich swą historią, która dla zarówno Legolasa jak i Laumen była niezwykle ważna i ciężka.
- I wtedy spotkałem ciebie – kontynuował opowieść tym razem do młodej elfki. – Pojawiłaś się znikąd. Byłaś niby inna ale taka sama. Patrząc na ciebie widziałem ją i jej nie widziałem. Byłaś zagadką. Mrocznym przeczuciem. Przy tobie jednak pozwoliłem się uśmiechać. Nie rozumiałem i nie chciałem zrozumieć. Zatęskniłem za dawnymi latami i nie chciałem do nich powracać. Aż w końcu zrozumiałem. I znienawidziłem wszystko – głos króla ucichł do szeptu. – Gdy zasnąłem śniłem o niej. O tym wszystkim. Wiele myślałem w tych snach. Pozwoliły mi się jednak opanować. Twoja matka, Laumen, była wspaniałą kobietą. Nie oddałbym ani jednego wspomnienia o niej i żałuję jedynie, iż ty ich nie posiadasz. Jesteś bardzo do niej podobna. Jednak twój ojciec, kimkolwiek jest nie zasłużył na was skoro was opuścił. Nie chcę wiedzieć co się stało. To jedynie przeszłość. Powinienem się cieszyć cząstką Gilith, która wciąż żyje.
Król odłożył kieliszek na stolik i przysunął się do młodej elfki. Ujął jej dłonie w swoje.
- Gdybyś czegoś kiedykolwiek potrzebowała możesz liczyć na mnie.
- Królu – przerwała mu – proszę, nie musisz.
- Wiem to. Laumen ja tego chcę. Pozwól mi być częścią twojego życia. Nie będę mówił ci co masz uczynić, tylko pragnę od czasu do czasu móc cie ujrzeć, porozmawiać.
Nie mógł oderwać wzroku od jej złotych oczu. Ich wyraz niepewności i wahania był mu dobrze znany.
Choć inna to taka sama – pomyślał uśmiechając się lekko.
- Wiele to dla mnie znaczy, królu. – skłoniła przed nim głowę, jednak on chwycił jej podbródek by tego nie robiła.
- Nie kłaniaj mi się. Jesteś Laumen, córka Gilith, księżniczka Lothlórien, wnuczka króla Finroda, dziedziczka tronu Norgothrondu. Nie chyl przede mną czoła. Nie zasługuję na to.
- Nie mogę królu – protestowała. – Dziś dowiedziałam się więcej niż mówiono mi przez całe życie. Nie poznałam mojego dziadka ani nie widziałam królestwa Norgothrond. To nie są moje tytuły. Jestem po prostu Laumen, Strażniczka Lothlórien.
- Więc ja będę Thranduilem, ojcem Legolasa i tyle. Nie ja zakładałem Leśne Królestwo – zaśmiał się cicho. – Czy możemy zwracać się do siebie bez tytułów? Zostańmy… znajomymi. – Zaproponował król a Legolas parsknął śmiechem.
- Przepraszam najmocniej. To nie było specjalnie – stwierdził. – Ale miło, że pamiętacie o moim istnieniu.
- Świdrujesz mnie wzrokiem, jak mogłabym zapomnieć? – Laumen obdarzyła go uśmiechem.
Przytłaczająca atmosfera całkowicie już uleciała. Zapanowała za to błoga swoboda. Nie było już tam królów i książąt, żadne zaginione księżniczki nie grały roli, była tam tylko trójka elfów mile rozmawiająca pomimo różnicy wieku.
- Więc zgadzam się – rzekła. – Z chęcią zostanę twoją znajomą, kró… Thranduilu – lekkie zawahanie dodało jej tylko uroku. Lekki rumieniec przykrył blade policzki.
- Miło mi to słyszeć. Dziękuję ci Laumen. W takim razie jak już wszyscy tu jesteśmy znajomymi to może by to uczcić i otworzyć kolejną butelkę? – zaproponował Thranduil.
-Oj myślę, że zdecydowanie wystarczy. Wstaje świt, a z tego co pamiętam było południe – wtrącił się Legolas.
- Niech wiec będzie. Jak ten czas mija. – Król wstał i otrzepał szaty. - Skoro jutro wypływacie to może lepiej się wyśpijcie. Do Miasta na Jeziorze trochę się płynie.
- Ojcze chyba jednak za dużo tego wina. Tylko Laumen wypływa.
- Ale masz racje. Następnego dnia wyruszę. Czas mnie nagli. – Przyjęła dłoń Legolasa i wstała znad jeziorka.
- Ja zawszę mam rację moi młodzi. I taka ilość wina to nic dla mnie synu. Wypłyniecie oboje. Nie zostawię cię samej Laumen. A Legolas chciał zwiedzić świat – te słowa wywołały szeroki uśmiech na jego ustach. – Musisz się nim zając moja droga. Samego bym go nie puścił – dodał półszeptem. – Skoro już mamy wszystko ustalone to chodźmy. Odrobina snu nam nie zaszkodzi.

Nie minęła godzina, gdy już każde z nich pogrążyło się w błogim śnie. Śnili piękne sny. Pełne jasności. Były w nich gwizdy i rwące rzeki, zielone kamienie, liście i lśniące drogi. Piękne pieśni i przyjęcia. Miliony szczęśliwych chwil. Wszyscy mieli ten sam niesamowity sen, piękne wspomnienie niezwykłej miłości. Jedynie król wiedział, że to nie senna fikcja. Było to jego piękne życie i jedyny sposób by Legolas i Laumen poznali swoje cudowne matki.

Obudził ich dopiero kolejny wschód. Słońce świeciło nisko nad ziemią. Ptaki budziły się z nocnej drzemki. Ich poranne śpiewy towarzyszyły pakowaniu. Łudź przyszykowano do odpływu. Załadowano jedzenie i wszystkie potrzebne rzeczy. Para żeglarzy przybyła z Miasta by bezpiecznie doprowadzić ich swoimi rzekami.
Tym razem to Thranduil pojawił się pierwszy przy pomoście. On czekał, wspominał i marzył, gdy inni byli zajęci. Uśmiechał się lekko wpatrzony w horyzont. Był radosny jak za dawnych czasów. I miał nadzieje na więcej takich chwil.
Laumen i Legolas pojawili cię wkrótce. Bagaże zapakowano na pokład a oni sami czuli się przywiązani do brzegu. Obydwoje poczuli więź z elfickim królem i smutek z rozstania.
Elfka, chociaż nie znała go długo czuła się bezpiecznie w jego towarzystwie. Jego obecność była dla niej tak naturalna jak Galadrieli czy Celeborna. Nie chciała się rozstawać. Jednak pragnęła poznać cała swoją przeszłość.
- Więc opuszczasz Królestwo ponownie, Laumen – rzekł melancholijnie król. – Również tym razem cię nie zatrzymuję. Proszę jedynie byś wróciła jeszcze. – Zbliżył się do niej i czułym gestem przytulił do siebie. - Miej oko na mojego syna.
- Będę i wrócę. Dziękuję za wszystko, Thranduilu. – Odeszła na pokład by mógł się pożegnać z synem.
Stali oni tak w ciszy. Obserwowali się nie wiedząc co powiedzieć. Cieszyli się chwilą i swoją obecnością, czerpali z niej się na czas gdy jej nie będzie. Po prostu trzymali się w ramionach.
- Legolasie, choćby nie wiem co się wydarzyło wróć do mnie. Będę czekał. Ciesz się życiem i zwiedzaj, poznawaj, podziwiaj. Nie szalej zbytnio i uważaj z winem. Omijaj smoki i orków, no może tylko smoki. Tych drugich pokonasz. I pilnuj Laumen. Jest silna ale ma kruchą duszę. Bądź przy niej a będzie dobrze. Gdybyś był na zachodzie w pobliżu Bree czy Shier odwiedź hobbitów. Rodzina Tuków od zawsze nas lubiła pewnie was ugoszczą. Gondor też zwiedźcie. Ich białe drzewo jest piękne, wybrzeże i mewy. Niezapomniany widok. Może tez Rohan... I omijaj Północ! Może już idź lepiej, synu. Bo cię nie wypuszczę.
- Dziękuję ci i nie martw się tak o mnie. Nie jestem już małym chłopcem. - Spojrzał ojcu głęboko w oczy i stanowczo obiecał - Zadbam o Laumen. O to nie musisz się martwić. Wrócę.


Gdy przystań znikła za horyzontem Legolas poczuł tęsknotę. Jednak pojawiło się coś jeszcze. Było to coś co zapierało dech w piersiach. Poczucie wolności. Otworzyły się przed nim wszystkie wrota. Mógł zrobić co zechce. To uczucie zupełnie go pochłonęło. Gdyby był ktoś obecnie w tej części pokładu co on pewnie by się zdziwił, ale na szczęście nikogo nie zaskoczyły dziwne tańce księcia do muzyki granej przez fale.


--------------------------------------------------
Rozdział 6 pojawił się trochę później niż zamierzałam ale mała kłótnia z weną oczywiście była konieczna. 
Dziękuję jeszcze raz za to, że wciąż to czytacie. 
Żeby nie było niejasności to jest dopiero początek opowiadania. Teraz się wszystko zacznie!
Do zobaczenia za jakiś czas. Ze względu na szkołę trudno mi określić kiedy to będzie.
Życzę wam wszystkim miłego wieczoru, albo nocy czy też dnia. (^^)

czwartek, 7 lipca 2016

Rozdział 5 "We śnie"

Rozdział 5



 Każdy sen, ten czarowny i piękny, zbyt długo śniony zamienia się w koszmar. A z takiego budzimy się z krzykiem. 
- Andrzej Sapkowski


Łódź odpłynęła i już dawno znikła za horyzontem. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi. Również dwoje elfów klęczących nieopodal pomostu pozostało niezauważonych. Ich sylwetki oświeciły złote promienie wschodzącego słońca. Niedaleko przysiadł na gałęzi biały ptak, by po chwili wzbić się znów w powietrze i dać się ponieść sile wiatru.
- Narzeczoną? – Spytała cicho Laumen, niewierząca w to co usłyszała. – Jak to się stało? Kiedy? – Wypytywała starając się pojąć sytuację.
- Gilith... – szepnął król i skrył twarz w dłoniach. – Nie mogła mi tego zrobić. Nie wierzę w to. To na pewno nie jej wina...
- Królu, co się wydarzyło? – Próbowała skupić jego uwagę.
Thranduil kręcił jedynie głową. Co chwilę mamrocząc pod nosem. Laumen, choć targana emocjami nie mogła pozwolić, by król pogrążył się w smutku. Martwiła się o jego zdrowie. Chwilowo odrzuciła chęć poznania prawdy i postanowiła nie wypytywać. Pozostawi ten temat na później. Teraz ważniejszy jest król.
Chwyciła lekko jego dłonie.
- Thranduilu, chodźmy do pałacu. Nie możemy pozwolić, by ktoś dostrzegł króla w tym stanie. – Wiedziała, iż nie powinna się zwracać do niego imieniem, jednak tylko na to reagował.
Podniósł się powoli i, nieznacznie opierając się na Laumen, udał się do swych pokoi. Dyskretnie przemierzyli korytarze i mijali warty. Kryli się w cieniu, jednak również nie robili tego specjalnie. Po prostu zmierzali ku swemu celowi a mrok zdawał się ich kryć. Gdy tylko drzwi sypialni zamknęły się za nimi król się zachwiał. Laumen chwyciła go nim upadł, jednak zaniepokojona pomogła królowi się położyć.
- Jak się król czuje? – Spytała czując poczucie winy. – Może wezwę uzdrowicielkę?
- Nie trzeba. Odpoczynek powinien wystarczyć. Dziękuję za pomoc.
Laumen uśmiechnęła się ciepło jednak jej serce zmroził lód. Oczy króla były puste, bez choćby jednej iskierki podejrzliwości, zachwytu, dobroci i radości.
- W takim razie życzę miłych snów.

Kiedy król pogrążył się w śnie Laumen opuściła sypialnie. Tłumione emocje uderzyły w nią ze zdwojoną siłą. Szła przed siebie szukając nie wiadomo czego. Błądziła bez celu, aż natrafiła na wartę.
- Panna Laumen z Lorien, czyż nie? – Spytał jeden z wartowników.
- Zgadza się. Poszukuje księcia Legolasa. Wiecie może gdzie go znajdę? – Wymyśliła na poczekaniu. – Król Thranduil prosił bym coś księciu przekazała.
- Przykro mi, ale książę odpoczywa... – Powiedział prędko jeden z nich.
- Proszono nas by mu nie przeszkadzać – dodał drugi rzucając ukradkowe spojrzenie na towarzysza.
Laumen wyczuła kłamstwo. Strażnicy, choć zdawali się wyglądać normalnie, nerwowo ściskali mocniej broń, jakby się bali ataku elfki. Domyśliła się, iż stoi za tym rozkaz króla, który wciąż nie mógł do końca jej zaufać. Ukłoniła się więc wartownikom i odeszła kontynuując poszukiwania. Wiedziała tylko tyle; Legolas jest albo w swojej sypialni, albo też nie, co utrudniłoby poszukiwania.


*    *    *

Wraz z nastaniem świtu uczta dobiegła końca. Co prawda skończyła się już wcześniej lecz wraz z tradycją jego ludu kończą świętować z odejściem Najkrótszej Nocy. Najwytrwalsi dopijali resztki wina i kończyli ostatnie tańce. Promienie oświetlały polanę ujawniając wszystko to co skrył mrok. Kwiaty w girlandach i ozdobach zwiędły nie mając dostępu do wody, trawa oklapła od tańca a gdzieniegdzie leżały osuszone butelki. Kilku elfów przysnęło u końca stołu.[1] Strażnicy niedługo przyjdą, odprowadzą tych, którzy mieli słabsze głowy. Pojawią się elfki i sprzątną dekoracje i zastawy, stoły zostaną wyniesione. Około południa dzieci znów zaczną śpiewać, niektórzy dołączą. Trawa znów będzie taka jak dawniej a po ich święcie pozostaną jedynie wspomnienia. Będzie tak, jakby nigdy ich tam nie było.
Legolas siedział pod drzewem, u brzegu polany. Nie był jednak sam. O jego bok opierał się młody łoś. Spał wtulony w księcia. Ten gładził białą sierść rozmyślając. Nikt nie odważył się im przeszkodzić i obydwaj byli z tego powodu zadowoleni.
- Przepraszam – zwrócił się do elfki idącej nieopodal. – Czy mógłbym prosić o odrobinę wody? – Jego głos był lekko zachrypnięty, zapewne przez gorzkie wino, którym próbował złagodzić emocje. – Dziękuję. – Dodał, gdy otrzymał kieliszek.
Młoda elfka ukłoniła mu się i odeszła znów zabierając się za sprzątanie. Upił łyk chłodnej wody i otrzeźwiło to jego umysł. Westchnął i przetarł oczy. Po chwili przyłożył dłoń do czoła. Wciąż czuł pożegnalny pocałunek Laumen.
- Witaj mały – szepnął do ucha łosia, gdy ten w końcu otwarł oczy. – Chyba to już koniec drzemki.
Poklepał kark białego zwierzęcia. Powoli wstał i odczekał chwilę aż łoś się rozbudzi. Ten ziewnął przeciągle i posłusznie stanął u boku elfa.
Legolas wylał odrobinę wody na dłoń i napoił swojego towarzysza. Ciepły język łaskotał jego rękę. Uśmiechnął się lekko. Przeszli rzekę i zagajniki. Minęli wystające skały. W końcu stanęli u wrót pałacu. Łoś powędrował wzdłuż zbocza i zszedł do sadzawki. Woda obmyła jego sylwetkę. Zabrał się za konsumpcję wodnych roślin.
- Książę – zawołał strażnik. – Panna Laumen poszukiwała ciebie. Odesłaliśmy ją. – Otworzyli wrota. – Proszę odpocząć.
- Dziękuję, ale czuję się dobrze. – Obdarzył wartownika uśmiechem. – Odwiedzę ojca. Znajdę go u siebie? – Spytał i uzyskał odpowiedź twierdzącą. – Dobrego dnia Hithirze[2].
Znikł w korytarzach nim usłyszał odpowiedź. Zmierzał ku pokojom króla, lecz tak naprawdę po głowie chodziła mu jednam myśl:
Skoro go szukała, to znaczy, że nieodpłynięcia. Została chodziarz twierdziła coś innego. Oszukała go lub coś się wydarzyło. Coś złego. Pragnął wiedzieć co i czy tym razem nie odejdzie tak niespodziewanie.
Wśród cieni konarów Drzewa dostrzegł błysk.
- Laumen – szepnął cicho, gdy dostrzegł jej czarne włosy
Zeskoczył i znalazł się w grocie. Metrowa półka skalna odgradzała ją od przepaści. W  jej głębi płynęła spokojnie rzeka od czasu do czasu naznaczona kamieniami, które przecinały ją niczym kolce. Grota ciągnęła się na kilkanaście metrów, a kraniec niknął w mroku.
Laumen siedziała tuż przy krawędzi. W dłoniach ściskała sztylet, to on odbijał nikłe płomienie pochodni. Włosy miała w nieładzie, a płaszcz zwisał jej z ramion. Jej radosna aura znikła. Musiało się coś wydarzyć, coś co sprawiło, iż stała się mroczna, zaniepokojona oraz smutna.
Usiadł obok niej i nawet nie myśląc za wiele objął ją. Drgnęła, lecz po chwili oparła głowę na jego ramieniu. Czerpała siłę z jego bliskości.
- Co się stało, Laumen? Miałaś odpłynąć – rzekł cicho i spokojnie, tak jakby przemawiał do płochliwego zwierzęcia. – Proszę, powiedz mi.
- Nim nastał świt przyszedł do mnie twój ojciec. – Wyswobodziła się z jego uścisku i kontynuowała – Chciał mnie pożegnać i życzyć powodzenia. Dał mi nawet ten sztylet. – Pokazała go Legolasowi a ten zamarł z niedowierzania.
- Ojciec nigdy go nikomu nie pokazywał. Zawsze go miał przy sobie, jak pamiątkę. Czemu ci go dał? – Legolasem zaczęła rządzić trwoga. Poczuł się tak, jakby dla ojca był mniej ważny niż ledwie poznana elfka. Pierw Jeziorko teraz to. Poświęcaj jej więcej uwagi niż własnemu synowi.
- Król powiedział, iż przypominam mu kogoś kogo dawno znał. Teraz już wiem. Znałam ten sztylet. Jest taki jak mój miecz. – Ułożyła między nimi obie bronie, tak by można było się im dobrze przyjrzeć. – On również należał do Króla. Przekazał go Celebornowi. Później dostałam go ja. Mieliśmy chronić grobu mojej mamy. My wszyscy, ponieważ każdy z nas był dla niej ważny. Dla mnie była matką, dla Celeborna przybraną córką, natomiast Thranduila – utraconą miłością. – Ton Laumen był bezbarwny, również taka była jej twarz i aura. Stała się obojętna. W przeciwieństwie do Legolasa, którego ogarnął szok. Nim zdążył jednak cokolwiek powiedzieć elfka się otrząsnęła. – Twój ojciec... Legolasie, musimy iść do niego.
- Ale, jak...?
- Nie czas teraz na to. Ja sama nie wiem jeszcze jak. – Podniosła miecz i sztylet i schowała je. Poprawiła pelerynę. – Z królem nie jest najlepiej, Legolasie. Przezywa to ciężej niż powinien. Nie wiem co się stało dwa tysiące lat temu ale martwię się.
- Gdzie teraz jest? – Podniósł się szybko, z niepokojem.
- W swojej sypialni. Nad rzeką król niemal zasłabł więc zaprowadziłam go tam. Obawiam się, iż może zapaść w letarg.
- Nie... – szepnął jedynie i czym prędzej udał się z Laumen do ojca.
Gdy dotarli na miejsce elfka chciała poczekać na zewnątrz, jednak Legolas się nie zgodził.
- Być może będę potrzebował twej pomocy – rzekł. Więc poszła za nim.
Thranduil leżał tak jak go tam zostawiła. Spoczywał na plecach, jakby obserwując gwiazdy wyszyte na baldachimie, ręce miał ułożone wzdłuż ciała, srebrne włosy rozrzucone były na poduszce. Oczy króla poruszały się pod powiekami tak, jakby o czymś śnił.
Legolas usiadł na brzegu łoża. Ujął delikatnie dłoń ojca. Była ciepła, trochę bardziej niż zwykle. Zmierzył puls, a on tylko wskazywał na to, iż śpi. Wszystko było w normie. Ucałował jego czoło.
- Laumeno, to co dzieje się z moim ojcem minie. Nie martw się. – Obydwoje odetchnęli z ulgą. – Widocznie szok psychiczny osłabiła jego organizm. Jeśli damy mu czas na odpoczynek i oswojenie się z zaistniałą sytuacją to obudzi się, gdy będzie na to gotowy.
- Nie wiedziałam, że znasz się na uzdrawianiu... – stwierdziła nieśmiało ale na jej twarzy zagościł lekki uśmiech.
- Kiedyś ojciec namówił mnie bym rozwijał również tę umiejętność. Miałem na to wystarczająco czasu. Jeszcze nigdy nie opuściłem królestwa – przyznał. – Ojciec mawiał, że przyjdzie na to czas. – Spojrzał na niego i odgarnął mu zbłąkane pasemko z twarzy. – Może kiedyś wyruszymy nawet razem w podróż... – zaśmiał się cicho jakby nie wierząc w to do końca.


*    *    *

Król wciąż śnił. Jego najbliżsi doradcy zostali poinformowani. Wspólnie ustalono, by nie niepokoić Królestwa. Zachowano to w tajemnicy. Radość spowodowana minionym świętem wciąż utrzymywała się w powietrzu, jednak już wszyscy wrócili do codziennego życia. Nie chcieli ich niepotrzebnie martwić. Więc tylko nieliczni znali prawdę, a i oni nie do końca całą. Jedynie Laumen i Legolas wiedzieli co się stało. Postanowili na zmianę czuwać przy królu. Przez cały czas czuwały również uzdrowicielki. Jedną z nich była Jasena, ta która zajmowała się również Laumen.

Minął tydzień odkąd Król zapadł w sen.
Kończyła się warta Legolasa i czekał on na przybycie elfki. Spóźniała się, więc pomyślał, iż coś ważnego ją zatrzymało. Otarł wilgotną ściereczką czoło ojca. Ostatnimi czasy śnią mu się koszmary. Poczuł jak dłoń zaciska się na jego.
- Ojcze – zawołał go cicho. – Słyszysz mnie? – Nie było odpowiedzi.
- Coś się stało książę? – Spytała zaniepokojona Jasena.
- Zacisnął dłoń. Myślałem, że się wybudza.
- Dajmy jeszcze królowi czas. Może odpocznij, będę przy nim. – Zaproponowała widząc zmartwienie księcia.
- Dziękuję. Posiedzę jeszcze trochę. Niedługo powinna przyjść Laumen. – Usłyszeli kroki za drzwiami – O wilku mowa. – Stwierdził Legolas.
Drzwi się otworzyły. Elf stojący w drzwiach z całą pewnością nią nie był. Jasne włosy były potargane i sterczały z nich gałązki. Krew sączyła się z rozcięcia na czole. Z brzucha sterczał sztylet. Oczy rzucały dzikie spojrzenie. Mieniły się czerwienią. Z gardła dobył się warkot. Po chwili zawył, gdy strzała przebiła mu udo.
Legolas nałożył kolejna strzałę na cięciwę i stanął między opętanym elfem o ojcem. Jasena gdzieś w cieniu za nim, z bronią w ręku, pilnowała króla. W korytarzu pojawili się wartownicy. Niektórzy z nich byli ranni inni wyglądali jakby dopiero dołączyli do pościgu. Nigdzie nie było Laumen.
Legolas, myśląc tylko o tym by odciągnąć opętanego od ojca, kolejnymi strzałami zmusił go do wycofania się w korytarz.
- Królu... – usłyszał to słowo na brzegach swojej świadomości, jednak po chwili ono znikło. Chciał jedynie zemścić się na tym kto zagroził jego ojcu.
Wycelował prosto w pierś, nim jednak zdążył strzelić znikąd pojawiła się Laumen. Powaliła wroga na ziemię i przygwoździła do podłogi. Równocześnie na ramieniu Legolasa spoczęła dłoń.
- Opuść łuk – polecił zachrypnięty głos. Zignorował go. – Opuść łuk – ponowił rozkaz tym razem naciskając bardziej. – Opuść łuk synu!
Z szokiem spojrzał za siebie. Odrzucił łuk w porę by podtrzymać chwiejącego się Thranduila.
- Ojcze? – spytał niepewnie bojąc się, że to sen.
- Nie martw się, już wszystko dobrze.
Laumen przekazała opętanego strażnika i podbiegła do nich.
- Miło króla znowu widzieć. – Uśmiechnęła się do niego serdecznie niemal zapominając o wszystkim. – Mam nadzieje, iż król wypoczął.
- Zdecydowanie wystarczająco. Dziękuję. Może pozwólmy posprzątać tu i wybierzemy się na spacer? – Zaproponował król.
- Z przyjemnością. – Odpowiedzieli równo Legolas i Laumen po czym obdarzyli się uśmiechem.
- Napiłbym się czegoś normalnego – stwierdził Thranduil – czuję się tak jakbym od tygodnia pił wyłącznie jakieś napary. Macie może ochotę na wino. Gdzieś powinienem mieć butelkę z Lóthlorien...

Postanowili odłożyć wszystkie ważne sprawy i tematy na następny dzień, gdyż uznali, że jeden dzień wolnego nikomu nie zaszkodzi a wręcz jedynie pomoże.
Udali się więc nad Jeziorko, gdzie wspólnie popijali wino nie przejmując się niczym.


-------------------------------------
Tak o to jest to rozdział 5 i nasze opowiadanie ma już niewiele ponad 11000 słów!
Dziękuje za dotychczasowe komentarze i ogólnie za czytanie. Jesteście wspaniali! W szczególności Ty, Sol Angelika. Sama nie miałabym tyle wytrwałości.
Następnego rozdziału można się spodziewać w tym miesiącu.



[1] Jeśli chodzi o elfów, i to czy mogą się upić czy też nie, to nie jestem pewna, która opcja jest prawdziwa. Ze względu na potrzeby opowiadania przyjmę wersję filmową (Hobbit) w ten sposób dając im tę możliwość.
[2] Hithir – imię jednego z wartowników. Oznacza „pełniący straż we mgle”.